Daniel Nogal - Co to jest szkoła?
12 kwietnia odbyła się w Senacie konferencja "Edukacja seksualna po polsku", w której udział wzięli nie tylko parlamentarzyści i tzw. "eksperci" (A może "ekspertki"? W dzień chyba mają wolne...), ale również zaproszeni pedagodzy, licealiści i gimnazjaliści (13-15 lat, nie mylę się? Jak szaleć, to szaleć!). Spyta ktoś: i co z tego? Kogo to dziś zdziwi, kogo zainteresuje? Takie czasy. A jednak ja konferencję tę uważam za... (Jakby to najlepiej ująć? O, już wiem!) za pouczającą. Dlaczego? O tym właśnie zamierzam napisać. Przede wszystkim: nareszcie dowiedziałem się, czym jest szkoła i do czego ma służyć! Lata spędzone w podstawówce i liceum nie dały mi odpowiedzi na te pytania. Złudzenie, iż podstawowym celem szkoły jest nauczanie, rozwiało się bardzo wcześnie. Zresztą, dziś już przecież najwięksi obrońcy obowiązku szkolnego i wspaniałego systemu państwowej edukacji zaprzestali prób wywoływania takiego wrażenia nawet u tych wystarczająco naiwnych.
Jednakże, niestety, jak dotąd gubili się oni odpowiadając na pytanie: jeśli nie nauka to co? Czytałem i słyszałem różne rzeczy: o wychowaniu, o przystosowywaniu do życia w społeczeństwie, o wyrównywaniu szans (Bo jakżeby bez tego!), o budowaniu ducha wspólnoty i solidarności... Gubili się...
Jak dotąd! Ale 12 kwietnia przestali się gubić i, ustami pani doktor Alicji Długołęckiej z Uniwersytetu Warszawskiego, dali mi wreszcie tak wyczekiwaną odpowiedź.
Ta wiekopomna chwila nastąpiła podczas gorącej dyskusji o tym, jak powinien nazywać się przedmiot, który był tematem całej konferencji. Chodziło właściwie o wybór: edukacja seksualna czy wychowanie prorodzinne. Wtedy właśnie przemówiła pani doktor z Warszawy: "Miejsce edukacji prorodzinnej jest w rodzinie, szkoła zaś powinna dostarczać rzetelnej i szerokiej wiedzy z zakresu seksualności."
Wszyscy zrozumieli? Nie? Więc pomyślmy: miejsce edukacji prorodzinnej (rzetelnej i szerokiej, rzecz jasna) – rodzina. Pomijając nieco dziwaczne, moim skromnym zdaniem, określenie, wydaje się to oczywiste, nieprawdaż? Miejsce (równie rzetelnej i szerokiej) edukacji seksualnej – szkoła... Mylę się, czy też to, co powiedziała pani doktor oznacza mniej-więcej: szkoła to... (za przeproszeniem) burdel?
Oczywiście "uczona" (Że też tylko dr a nie prof. hab.!) z Uniwersytetu Warszawskiego nie mówiła o stanie obecnym. Zapewne też nie chodziło jej o to, żeby przybytki edukacyjne konkurowały z przybytkami cielesnych przyjemności (Choć, kto wie?). Ale właśnie wskazała drogę, wytyczyła szlak, którym należy zmierzać do ideału. Rosyjskie powiedzenie uczy nas: wszystkich dziewcząt nie zaliczysz, ale próbować warto, więc pewnie i ten ideał nie zostanie osiągnięty, ale przecież nie o to chodzi, żeby złapać zająca, ale żeby go gonić!
Kiedy już uzyskałem, tak wyczekiwaną od lat, odpowiedź na pytanie: czym właściwie powinna być szkoła, czy też - ku czemu ma ewoluować, zrozumiałem dlaczego kolejne po nazwie kwestie stały się tak istotnymi tematami dalszych dyskusji.
O nauczycielach nieprzygotowanych do prowadzenia przedmiotu, o ich barierach językowych mówiła zarówno moja ulubiona ministra Środa, jak i gimnazjaliści. Bo jakże to wstydzić się opowiadania o "tych sprawach 13-latkom"? Średniowiecze i Ciemnogród po prostu! Więc młodzież (dzieci...?) słusznie przyjmuje postawę krytyczną wobec zacofanych pedagogów.
Problem kolejny: zbyt mała ilość czasu przeznaczona na rzetelną i szeroką edukację seksualną. 14 godzin lekcyjnych w roku szkolnym w klasach od piątej do maturalnej – toż to przecież, gdy już od pani dr Długołęckiej wiemy czym powinna być szkoła, śmieszne po prostu! Jak w tak krótkim czasie edukować seksualnie rzetelnie i szeroko?!
A do tego: "Winę ponoszą również kuratoria i ich wizytatorzy, którzy nie dbają dostatecznie o kwestie edukacji seksualnej i nie rozliczają dyrektorów szkół z przeprowadzanych zajęć." – jak podkreśla autorka szkolnego podręcznika "Wychowanie do życia w rodzinie" (więc jednak?) Teresa Król. Aż ręce opadają! Jak oni mogą?! Czyżby im pani doktor z Warszawy nie powiedziała, co to jest szkoła?
Ciekawa jest jeszcze jedna kwestia: jak właściwie rozlicza się dyrekcję z przeprowadzonych zajęć rzetelnej i szerokiej edukacji seksualnej? I do tego, czemu dyrektorów a nie uczniów/uczennice? A tak, mogą mieć mniej niż 15 lat, prawo zabrania... Na razie...
I jeszcze jedna, jakże bulwersująca, kwestia: dotychczas, by uczeń uczestniczył w zajęciach o tej tematyce, wymagana była zgoda rodziców lub opiekunów. Czy wspominałem już coś o średniowieczu i Ciemnogrodzie? Tak? Ale nie ma się czym martwić, ministra Środa planuje już wprowadzenie przymusu niezależnego od woli zacofanych rodzicieli. Przecież "wszystkie dzieci nasze są. Kasia, Michael, Małgosia, John..."
Teraz już chyba pora na zupełnie poważny komentarz – lecz, niestety, brak mi słów. Więc może, jakże znany, cytat: "Takie będą rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie..."
No właśnie, jakie będą?
Daniel Nogal
Data dodania: 2010-06-21 19:46:33
Artykul przeczytano 224 razy
logowanie
Statystyki
| Wizyt ogółem | 224354 |
| Wizyt dzisiaj | 37 |
| Wizyt unikalnych dzisiaj | 13 |









