Krajobraz z komputerem - Prof. Roman Galar
Przedstawiamy Czytelnikom UPR Wrocław tekst, którego główne tezy zostały sformułowane przez Autora kilka lat temu i odebrane wówczas jako prowokacja. Życie pokazało jednak słuszność diagnozy i przewidywań Autora. Dyskusja nad poruszonymi problemami nie powinna ograniczać się do wąskich gremiów naukowych, a z pewnością powinna interesować nauczycieli matematyki i informatyki.

Roman Galar

Krajobraz z komputerem

Być sobą z komputerem
Hasło „Być sobą” jest równie pociągające, co przewrotne. Sympatyczne zazwyczaj osoby, które obnoszą je jako naczelny imperatyw swojej egzystencji, dają mu bowiem wyraz na bardzo różne sposoby. Jedni usiłują „budować siebie” wedle przyjętego ideału, inni zaś „odpuszczają sobie”, aby nie krępować własnej spontaniczności. Są tacy, którzy próbują „odnaleźć siebie” i żyć w zgodzie z wewnętrzną prawdą oraz tacy, którzy przeciwnie, starają się „wykreować siebie” i schronić za efektowną maską. Postulat „bycia sobą” wydaje się manifestem indywidualizmu, ale w praktyce, zwłaszcza wśród młodzieży, przekłada się często na skrajny konformizm grupowy.

Przedstawiamy Czytelnikom tekst, którego główne tezy zostały sformułowane przez Autora kilka lat temu i odebrane wówczas jako prowokacja. Życie pokazało jednak słuszność diagnozy i przewidywań Autora. Dyskusja nad poruszonymi problemami nie powinna ograniczać się do wąskich gremiów naukowych, a z pewnością powinna interesować nauczycieli matematyki i informatyki.

Roman Galar

Krajobraz z komputerem
Być sobą z komputerem
Hasło „Być sobą” jest równie pociągające, co przewrotne. Sympatyczne zazwyczaj osoby, które obnoszą je jako naczelny imperatyw swojej egzystencji, dają mu bowiem wyraz na bardzo różne sposoby. Jedni usiłują „budować siebie” wedle przyjętego ideału, inni zaś „odpuszczają sobie”, aby nie krępować własnej spontaniczności. Są tacy, którzy próbują „odnaleźć siebie” i żyć w zgodzie z wewnętrzną prawdą oraz tacy, którzy przeciwnie, starają się „wykreować siebie” i schronić za efektowną maską. Postulat „bycia sobą” wydaje się manifestem indywidualizmu, ale w praktyce, zwłaszcza wśród młodzieży, przekłada się często na skrajny konformizm grupowy.
Poniżej zajmiemy się problemem, jaki wpływ na „bycie sobą” wywiera dłuższe pozostawanie w intymnym związku z komputerem. Zacznę jednak od zastrzeżenia, że autor nie jest ekspertem w zakresie oddziaływania komputerów na osobowość – przedstawia po prostu kilka spostrzeżeń pochodzących zarówno z introspekcji, jak i z obserwacji trendów występujących w otoczeniu oraz kilka komentarzy na temat wieści dochodzących z szerokiego świata.
Kilka obserwacji ze świata komputerowców
Trudno zaprzeczyć, że komputery opanowują umysły swoich entuzjastów i przekształcają ich obraz świata. Najbardziej intrygująca, ze znanych mi, wypowiedź w tym przedmiocie to relacja osoby zagrożonej nieuchronną — jak jej zdawało — katastrofą samochodową Jako ostatnia, przebiegła jej przez głowę myśl: szkoda, że się nie „zasejwowałem” . W tym kontekście przechwałki rodziców, iż: nasze trzyletnie maleństwo pisze już „Mama” na komputerze wydają się stosunkowo niewinne.
Studenci starszych lat elektroniki, przepytywani (dość pobieżnie) jaką część czasu wolnego spędzają przed monitorem komputera, podawali liczby, które wywoływały zaskoczenie, że tego czasu mają oni aż tak dużo. W kilkunastoosobowych grupach osoby przyznające się do 1-2 godzin dziennie zdarzały się równie często, jak te, które mówiły o 7-8 godzinach. Pytanie, co robią przy braku dostępu do komputera, nierzadko wywoływało opisy stanów zagubienia i „głodu komputerowego”, kojarzące się z opisami głodu narkotykowego.
Symptomatyczne były też odpowiedzi na pytanie, co takiego właściwie robią oni na tych komputerach. Większość wyznawała, że sporo gra, duża część twierdziła, że dorabia opracowując rozmaite aplikacje. Tym, co zdawało się dominować, były jednak zachowania typu poznawczego, polegające na eksploracji dżungli opcji komercyjnych pakietów oprogra-mowania różnego typu. Niektórzy studenci są w tym naprawdę dobrzy. Właściwie w każdej grupie ćwiczącej w laboratorium komputerowym znajdzie się ktoś, kto o rozmaitych egzotycznych możliwościach programu wie więcej od prowadzącego zajęcia.
Niby świetnie, ale nie do końca. Mniej zorientowanym, pomocny może być tutaj pewien komentarz. W prehistorycznych komputerowo latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XXw. programowanie wymagało opanowania pewnego, dość abstrakcyjnego, systemu instrukcji elementarnych i składania z nich konstrukcji właściwych do rozwiązania zadania. Od tego czasu nastąpił znaczny postęp, którego istota polegała na prefabrykacji. Dzisiejszy, przeciętny programista komputera buduje swój program z gotowych bloczków, wskazując myszką na odpowiednie pozycje w listach wyboru lub „klikając ikonki” na paskach narzędzi. Jest to oczywiście szybsze i łatwiejsze niż dawny sposób, ale wydaje się, że przy takim podejściu inwencja pozostaje bardziej skanalizowana i trudniej o radykalnie nowe pomysły. Coś jakby rzeźbienie zastąpić układaniem klocków Lego lub komponować przyjęcie z menu MacDonalda.
Podejrzenie takie potwierdzają reakcje na pytania sondujące, co właściwie próbuje się robić z tak nabytą wiedzą? Odpowiedzi raczej rozczarowują. Ogromnie często nic. Sporo osób powiela znane aplikacje, czerpiąc satysfakcję z faktu, że działają prawie tak dobrze, jak firmowe. Do rzadkości należą próby zrobienia czegoś oryginalnego. Cóż, taki rozkład postaw wydaje się typowy w każdej właściwie dziedzinie działalności człowieka, tu jednak mamy do czynienia z dość radykalną zmianą w zakresie kreatywności. Zmiana ta zaszła stosunkowo niedawno i dotyczy nie tylko amatorów — zwróćmy uwagę na słabnięcie komponenty innowacyjnej w kolejnych produktach firmy Microsoft, która nie ma raczej obsesji na punkcie implementowania własnych wyłącznie pomysłów.
Dyskusje na temat przyczyn takiego stanu rzeczy mogą toczyć się całkiem szeroko. Można twierdzić, że wyczerpano już paradygmat „peceta” albo że rozpoznano już główne sposoby zastosowania komputerów i pozostało tylko ich udoskonalanie, bądź że zrobiono już wszystkie rzeczy proste, a dalszy postęp wymaga pracy zespołów fachowców, itd. Można też oczywiście kwestionować samo rozpoznanie kryzysu.
Pozostawiając na uboczu te potencjalnie ciekawe spory, chciałbym wskazać na dwa trendy dość wyraźnie widoczne w zbiorowości komputerowych pasjonatów:
1. maleje korelacja między pasjami komputerowymi i talentami matematycznymi — typ psychologiczny rasowego komputerowca zdaje się ewoluować w stronę intuicyjnej osobowości kierowcy rajdowego,
2. zainteresowanie komputerami wypiera zainteresowanie resztą rzeczywistości — zmierza to do sytuacji, w której osoby potrafiące zastosować komputery do wszystkiego, nie znają się na niczym.
W rezultacie profile intelektualne współczesnych „ludzi komputera” zdają się coraz bardziej odbiegać od profili intelektualnych tych ludzi, którzy całkiem jeszcze niedawno technikę komputerową stworzyli i rozwinęli.
Kilka obserwacji ze świata leniwego dewianta
Wcześniejsze uwagi dotyczyły osób, które z umiejętnościami komputerowymi wiążą swoje perspektywy zawodowe. Teraz kilka słów na temat znacznie liczniejszej grupy osób, którym komputery wypełniają lukę czasową między pracą, a zaspakajaniem potrzeb fizjologicznych.
Nadzieje elit wiązane z rozpowszechnieniem komputerów i ekspansją sieci komputerowych były (i bywają) ogromne i ulokowane w świecie potrzeb wyższych. Wskazywano na niesły-chane ułatwienia w dostępie do źródeł wiedzy i zasobów kultury, możliwości edukacyjne i perspektywy bezpośredniej partycypacji w życiu społecznym i politycznym. Oczekiwania te spełniają się w pewnym tylko stopniu. Dominującym w praktyce efektem komputeryzacji świata wydaje się dziś powstawanie przestrzeni działań i doznań wirtualnych, którą można określić jako świat leniwego dewianta.
Leniwego, nie tylko dlatego, że atrakcji komputerowych zażywa się pod dachem, na siedząco, z minimalnym wydatkiem energii fizycznej. Ważniejszy wydaje się aspekt znikomości zaan-gażowania wolicjonalnego, potrzebnego, aby z tych atrakcji skorzystać. Dla przeżycia wrażenia przygody nie trzeba opuszczać domu, przemierzać przestrzeni, znosić zmienności aury i narażać się na następstwa realnych kontaktów z innymi ludźmi. Wystarczy kilka razy „kliknąć” i odczekać kilkadziesiąt sekund (prawdę mówiąc, niesłychanie irytujących sekund — warto przepłacić sprzęt dwukrotnie, byle ich liczbę zmniejszyć o połowę) potrzebnych do załadowania programów. Co więcej, wystarcza moment, aby się z całej przygody, z całego zaangażowania emocjonalnego wycofać i odnaleźć się w kapciach, na fotelu, w pełnym bezpieczeństwie własnych czterech kątów. Sceptyk może tu wtrącić, że podobnie dzieje się, gdy bierzemy do ręki, a później odkładamy książkę, czy też włączamy, a potem wyłączamy, telewizor. To prawda, ale i książka, i film oferują jedynie podglądanie bohaterów i bierne podążanie za biegiem narracji. Technika komputerowa natomiast pozwala na wcielenie się w główną rolę i sterowanie przebiegiem akcji, co jest nieporównanie bardziej ekscytujące. W rezultacie, w akademikach politechnik mało kto gra dziś jeszcze w brydża. Koledzy spotykają się w piątkowe wieczory, sprzęgają swoje komputery i do białego rana, spod wirtualnego przebrania maga czy kosmity, walą bezlitośnie z lasera do wirtualnych uosobień swoich przyjaciół, podobnie zajętych po drugiej stronie stołu.
Jest to świat dewianta, bo wejście w przestrzeń anonimową, z której można w każdej chwili wyskoczyć, nie ponosząc przy tym żadnych konsekwencji za to, co się tam wyprawiało, odblokowuje te skłonności naturalne, eliminowaniem których zajmuje się kultura i cywilizacja. Ma to rozliczne skutki. Główną potrzebą zaspakajaną dziś przez światową sieć komputerową jest podglądactwo, obsługiwane przez niezliczone serwery oferujące materiały pornograficzne, skatologiczne i eksponujące przemoc. W pogawędkach anonimowych partne¬rów, którzy spotykają się przypadkowo „IRCując po kanałach”, kwitnie ekshibicjonizm — można tam „mówić” rzeczy, których normalny człowiek nie potrafi powiedzieć drugiemu w oczy. W sieci grasują chuligani — hackerzy, naruszający prywatność i dane dla samej frajdy demonstrowania komputerowej krzepy w aktach bezsensownej destrukcji. Są też prawdziwi przestępcy, którzy robią zakupy za pieniądze z cudzych kart kredytowych, dobierają się do kont bankowych i prowadzą szpiegostwo gospodarcze i polityczne.
By „przeżyć” we współczesnej komputerowej grze akcji, gracz musi wyrobić w sobie odruch Pawłowa polegający na natychmiastowym atakowaniu pojawiających się „zagrożeń”. Zdaniem ekspertów militarnych, występuje tu duża zbieżność ze stosowanym w nowoczes-nych armiach treningiem refleksu odruchowego strzelania do potencjalnych celów. W rezultacie takich treningów odsetek żołnierzy, którzy rzeczywiście naciskali spust w walce, wzrósł z 15–20% w czasie II Wojny Światowej do 95% w czasie wojny w Wietnamie. Czternastolatek, który strzelał do swoich kolegów w Littleton w 1997, oddał osiem strzałów i osiem razy trafił zabijając trzy osoby. Przeciętny oficer policji w USA trafia ponoć raz na pięć strzałów. Ów młody człowiek, który posłużył się skradzionym pistoletem i nigdy wcześniej nie trzymał w ręku broni, znany był wśród rówieśników jako mistrz w dość gwałtownej grze komputerowej „Doom”. Zdaniem eksperta: on po prostu oddał jeden strzał do wszystkiego, co mu wyskoczyło na ekranie. Związek przyczynowy między ekscytacjami wirtualnymi i aktami agresji nowego typu zdaje się nie budzić już wątpliwości, ale co począć, gdy takie właśnie gry sprzedają się najlepiej?
Dokąd to wszystko doprowadzi, trudno dziś wyrokować, pojawiają się jednak interesujące, a nie znane wcześniej możliwości. Przewagi, które oferują i zapowiadają komputery i sieci komputerowe są zbyt wielkie, by z nich rezygnować. Panuje opinia, że – jak dotąd zawsze – gdy patologie przekroczą granice wytrzymałości społeczeństwa, to pojawią się jakieś kontrakcje i regulacje ograniczające. W ramach czystej opcji liberalnej w świecie współczesnych technologii staje się jednak możliwy również bardziej nowatorski scenariusz, w którym duża część ludzkości przeprowadza się w świat wirtualny i to w nim właśnie „jest sobą”, wynurzając się w realność tylko sporadycznie i z niechęcią.
Ewentualność taka, z konwencjonalnej perspektywy człowieczeństwa przerażająca, orga¬niza-torom społeczeństwa postmodernistycznego może się jednak wydać atrakcyjna. Nie da się przecież, w świecie realnym, spełnić roszczeń konsumpcyjnie rozbudzonych biedaków (idzie tu o formację mentalną raczej, niż o wymierny dochód na głowę), których rzesze domagają się komfortowych domów, luksusowych samochodów, wykwintnego pożywienia i egzotycz-nych podróży. Ekosfera rozleciałaby się na długo przedtem, nim połowie ludzkości udałoby się coś takiego zapewnić. Ilu zresztą ludzi może, w realnym świecie, spędzić samotną noc pod piramidami? Natomiast masowe dostarczanie tanich, a zarazem odpowiednio intensywnych złudzeń staje się dziś technicznie osiągalne. Nie będzie to, co prawda, fantomatyka totalna, wykoncypowana przez Lema w Summa Technologiae , ale zapowiada się, że osiągalny już wkrótce poziom wystarczy wychowanym na erzacu reklamowo-telewizyjnym. Zafundowanie wszystkim chętnym małej klitki, wygodnego fotela i łącza komputerowego do wszech-sieci staje się rozwiązaniem dostępnym, nawet dla niezbyt zasobnych systemów opieki społecznej (cena jednostki mocy obliczeniowej dąży, jak wiadomo, do zera). Do pełnej doskonałości rozwiązania potrzebny będzie jeszcze moduł żywieniowo-recyklingowy, ale, przy masowym popycie, produkcja takich modułów nie powinna okazać się zbyt kosztowna.
W ten oto, nieco nieoczekiwany sposób, pojawia się wreszcie możliwość taniego i pełnego rozwiązania szeregu beznadziejnych, zdawałoby się, problemów ludzkości: przeludnienia, bezrobocia, dewastacji środowiska i patologicznych interakcji społecznych. Co najlepsze, nikogo nie będzie trzeba krzywdzić, przymuszać i ograniczać. Przeciwnie, przeprowadzka w virtual reality może się okazać, w skali masowej, rozwiązaniem z wyboru — praktycznym, powszechnie dostępnym sposobem do zrealizowania wizji życia będącego dążeniem jednostki do szczęścia, rozumianego jako przyjemność (dotyczy to zwłaszcza mężczyzn, bo kobiety zdają się tu odznaczać większą odpornością). Nie będzie to pierwszy przypadek, gdy ktoś zrezygnuje z prawa starszeństwa za miskę soczewicy. W gruncie rzeczy, ludzkość posunęła się już daleko na tej drodze — czyż nie jest tak, że w ostatnich dekadach postęp techniczny skoncentrował się głównie na oferowaniu rozrywki kanapowej: audio-video, piloty na podczerwień i mikrofalówki? Przed dziesięciu laty szacowano, że przeciętny amerykański sześćdziesięciolatek zdążył spędzić dziesięć lat życia przed telewizorem. Obecne nastolatki, nim dojdą do takiego wieku, mają szansę osiągnąć znacznie lepszy wynik. W realnej realności przyroda odetchnie i poluźni się dla motywowanych innymi dążeniami.
Kilka obserwacji ze świata oświeceniowca
Od dwustu już lat młodzież wychowywana jest w kategoriach oświeceniowych, zgodnie z którymi ludzki intelekt może i powinien kontrolować, a nawet kreować rzeczywistość w imię racji obiektywnej. W tym celu należy analizować, planować, konstruować, wdrażać i wyko-rzystywać. Od dwustu lat rzeczywistość krwawo się odgryza lub przynajmniej wyszczerza szyderczo na takie uzurpacje. Postawy takie jednak nie wygasają, choć nauki ścisłe, które niegdyś dały im asumpt, porzuciły już dawno deterministyczne mrzonki. Zawsze znajdują się ludzie gotowi wytykać przeszłości idiotyczne błędy, a jednocześnie demonstrować niezłomną pewność, że dziś już można działać bezbłędnie, byle tylko działać „prawidłowo”. Tacy ludzie odnajdują siebie w obcowaniu z komputerem, który odkrywa przed nimi prawdziwy świat oświecenia. W komputerze:
• wszystko ma charakter przyczynowo-skutkowy, celowy i poznawalny;
• wszystko podlega kontroli rozumu — kompetencja w pełni kontroluje wydarzenia;
• wszystkie błędy są zawinione i zawsze można je odkryć i skorygować;
• w przypadku katastrofy zawsze można system „zresetować” i zacząć od początku.
Inteligentna młodzież coraz wcześniej wchodzi w bliskie interakcje z komputerem. Przyswaja ona sobie wyżej wymienione prawidłowości, zanim jeszcze pozna z autopsji realność relacji społecznych i własnej biologii. W naturalny sposób ekstrapoluje ten „naduładzony” obraz świata na całą rzeczywistość. Można się obawiać, że będzie to miało opłakane skutki, gdy młodzież ta, z czasem, przejmie bieg spraw publicznych w swoje ręce.
Właściwe reakcje ustalają się w wyniku równoważenia oddziaływań pobudzających i hamują-cych. Organizmy biologiczne wyposażone są na ogół w mechanizmy zapewniające jedno i drugie. Wyjątkiem są sytuacje, gdy jedno z tych oddziaływań wynika automatycznie z oporu materii. Zbędny jest nam na przykład mechanizm opadania na podłogę — załatwia to siła grawitacji. W swej klasycznej książce o roli agresji w życiu społecznym , Konrad Lorenz stawia tezę, że nasze kłopoty z kontrolowaniem agresji wewnątrzgatunkowej są bezpośrednią konsekwencją przełomu rozwojowego polegającego na opanowaniu narzędzi. Wcześniej agresję miarkowało małpie zmęczenie związane z trudem zatłuczenia przeciwnika gołymi pięściami. Przez analogię, można koncypować, że problemy z nieokiełznaną chciwością łączą się z przełomem neolitycznym i przejściem do życia osiadłego. Dawniej, pożądliwość dóbr temperowana była koniecznością noszenia wszystkiego na własnych plecach. Idąc dalej tropem koncepcji, że przełomy wyzwalają demony — warto spojrzeć w tych kategoriach na rewolucję informatyczną, która jest przełomem technologicznym naszych czasów.
Wrodzone instrumentarium informacyjne człowieka jest, jak każde inne wyposażenie biolo-giczne, wyrazem adaptacji do warunków, w których gatunek przeżył ostatnie kilka tysięcy pokoleń (z grubsza rzecz biorąc). Są wprawdzie tendencje, aby w aspekcie infor¬ma¬cyjnym traktować nasz gatunek jako szczyt perfekcji, ale chwila refleksji uprzytamnia, że pod względem choćby dokładności i pasma przenoszenia poszczególnych zmysłów, w każdej kategorii percepcji występują gatunki, które nas przewyższają. Za źródło wielu problemów cywilizacyjnych uznaje się okoliczność, że dopiero od względnie niedawna funkcjonujemy w populacjach o ponadplemiennych rozmiarach, do czego biologicznie nie zdążyliśmy się jeszcze przystosować. Ciężar adaptacji dźwigają więc na razie kultura i technologia, których sprawność warunkowana jest właściwym gromadzeniem, przetwarzaniem i przekazywaniem informacji. Jeszcze do niedawna najwięcej problemów stwarzał ten ostatni czynnik. To on właśnie ograniczał efektywny rozmiar imperiów i stopień ingerencji władzy w życie jednos-tek. Obejmująca tysiące lat historia cywilizacji jest w dużej mierze historią udoskonalania metod pozyskiwania informacji. Wysiłki w tym kierunku przekładały się jednoznacznie na postęp, rozwój i potęgę. I oto, w naszych czasach, problem praktycznie przestał istnieć i to w skali globalnej. Czujniki elektroniczne, przetworniki procesorowe, sieci komputerowe, transmitery satelitarne i spadające koszty powodują, że — pod względem informacyjnym — wszyscy mogą być (lub już wkrótce będą mogli być) naraz w tym samym miejscu, albo — bardziej intymnie — każdy może, w każdej chwili, nawiązać kontakt z każdym. Techniki informacyjne przełamały bariery przekazu wyznaczone fizjologicznymi ograniczeniami.. Znaleźliśmy się po drugiej stronie, w obszarze, do którego zawsze dążono, ale do życia w którym nie jesteśmy jeszcze dostosowani. I właśnie zaczynamy uświadamiać sobie różne rzeczy, z których trzy chciałbym zasygnalizować.
Po pierwsze, widać już wyraźnie, że wysoką funkcją mózgu nie jest pozyskiwanie informacji, ale jej filtrowanie. Wrażenie bezsiły i zagubienia wobec lawiny informacyjnego śmiecia odczuwają wszyscy myślący jeszcze odbiorcy oferty mediów masowych. Stan rzeczy w bardziej ekskluzywnym świecie profesjonalnych użytkowników sieci komputerowych zgrabnie uchwycił Bernhelm Boss-Bavnbek , matematyk z Uniwersytetu Roskilde w Danii, zauważając, że przy pomocy nowych wspaniałych środków technicznych: pozyskujemy, transmi¬tu¬jemy, magazynujemy, kojarzymy i przetwarzamy ignorancję. Mimo oczywistych objawów konfuzji, wielu wciąż ufa, że gdzieś, w jądrze systemu, istnieją zasoby kompetencji, które potrafią te rwące rzeki bitów skojarzyć, zinterpretować i wykorzystać. Ta nadzieja może być jednak płonna. Satelity szpiegowskie krążące nad Związkiem Radzieckim nie wykryły katastrofy reaktora w Czernobylu. Nie tak dawno temu tygodnik Time zorganizował panel niesłychanie czołowych ekonomistów, którym postawiono pytanie, czy w ostatnich dekadach gospodarka USA ma się lepiej niż poprzednio, gorzej, czy też mniej więcej tak samo. Dyskutanci nie byli w stanie uzgodnić stanowiska. Szło o trend gospodarki USA, czyli kwestię ekonomiczną numer jeden na świecie. Nie ma zapewne żadnej innej kwestii, na temat której komputerowe bazy zawierałyby więcej informacji szczegółowych. Jeśli te Himalaje wyimkowej informacji nie pozwalają odpowiedzieć jednoznacznie na najprostsze możliwe pytanie syntetyczne, to do czego właściwie mogą się przydać? Zbieżność rewolucji informa¬tycznej z postmodernizmem nie wydaje się w tym kontekście przypadkowa.
Po drugie, dają się zauważyć konsekwencje naruszenia równowagi w układzie komunikacja – refleksja. Tę pierwszą załatwia technologia — perfekcyjnie i natychmiastowo ; ta druga odbywa się tradycyjnie, jak u człowieka pierwotnego — uczciwie rzecz biorąc, nie bardzo wiemy jak. Gorzej nawet. Nie wiedząc w szczególności, jak działa refleksja poznawcza, orientujemy się przecież, jakie warunki jej sprzyjają — wymienia się więc: brak presji czasu, pewien stopień oderwania od codzienności, różnorodność zajęć, kontakt z przyrodą, itp. Nie trudno zauważyć, że łatwiej było rozmyślać kreatywnie w czasach, gdy listy przynosił posłaniec, niż gdy przesłania wyskakują na monitorze domagając się natychmiastowej reakcji. Tak się złożyło, że choć mamy dziś do czynienia z największym w dziejach wysił¬kiem naukowo-badawczym, wspieranym globalną siecią wymiany informacji, to jednocześnie wystę¬puje największy od dwu stuleci deficyt radykalnie nowych pomysłów. Można argumentować, że nie jest to przypadkowa koincydencja, a raczej związek przyczynowo-skutkowy.
Po trzecie, zaistnienie komputerów otworzyło upusty energii nakierowanej na proceduraliza-cję społeczeństwa, a może nawet człowieczeństwa. I znowu, proceduralizacja, czyli precyzyjne ustalenie z góry wszelkich kroków, które należy wykonać w przypadku zaistnienia sytuacji określonej klasy, nie jest niczym nowym. W bardzo wielu przypadkach jest to postępowanie sensowne, a w niektórych wręcz niezbędne — w szczególności, gdy istota celu, który należy zrealizować znajduje się poza zakresem pojmowania wykonawcy. Metoda jest też wygodna — raz wymyśloną procedurę można wielokrotnie egzekwować bez potrzeby uruchamiania inteligencji, co przypomina program komputerowy. Naturalne dążenia, aby zakres takich regulacji rozszerzać, przynosiły efekty umiarkowane, gdyż ograniczone technicznymi możliwościami pobierania i przetwarzania danych. Proceduralizacja staje się koszmarem dopiero współcześnie, gdy obsesje niektórych, aby wszelkie możliwe relacje społeczne dzielić na rozłączne klasy i przywiązywać do nich odpowiednie procedury, dają się wdrażać w wyniku rozwoju technik informacyjnych. W kontekście proceduralizacji techniki te działają nie jako wyglądany przez wizjonerów wzmacniacz mózgu, ale raczej jako bypass mózgu.
Podstawowe instytucje naszej cywilizacji stają się coraz bardziej „proceduralne”, zaś przymiotnik ten coraz wyraźniej działa jako operator negujący (podobnie jak przymiotnik „socjalistyczny” nie tak dawno temu). Mamy więc demokrację proceduralną, która nie za wiele ma wspólnego z władzą ludu, proceduralne państwo prawa, które bywa mocno na bakier z poczuciem sprawiedliwości, proceduralną ekonomię, w której wytwarzanie dóbr staje się coraz bardziej kłopotliwym zakłóceniem, proceduralną naukę, w której główną rolę odgrywają nie idee, a wskaźniki naukometryczne, itd. W świecie sproceduralizowanym myślenie całościowe w kategoriach realności ulega zablokowaniu, a inteligencja koncentruje się głównie na poszukiwaniu korzystnych interpretacji przepisów.
Próba podsumowania
Nie jest łatwo podsumować wypowiedź o tak różnych i tak rozchwianych wątkach, która w najlepszym przypadku może służyć jako prowokacja intelektualna. Ludzka przyzwoitość wymaga jednak, by raczej ponurą wizję rozwoju sytuacji okrasić iskierką nadziei. Nadzieję tę upatruję we wspomnianym już podobieństwie procedur do programów komputerowych. Kiedy procedury stają się prawdziwie doskonałe, przejmują je komputery. Moment triumfu proceduralizatorów stanie się momentem ich klęski. Wtedy właśnie komputery wyrzucą ich z pracy i będzie można odetchnąć. Ludzie znowu będą mogli działać po ludzku w obrębie spraw ludzkich. Przed nami długa droga, nie do piekła jednak, jak straszył Lem, a jedynie przez czyściec. Wytrwałości!

Roman Galar, profesor w Instytucie Informatyki, Automatyki i Robotyki Politechniki Wrocławskiej


Przedruk za: „Matematyka” nr 4/2010, s. 223-231. Artykuł pierwotnie ukazał się – pod tytułem Kilka uwag o perturbacjach obrazu świata wynikających z interakcji z komputerem w „The Peculiarity of Man”, vol. 4, Warszawa-Kielce 1998 (s. 417-425)




Data dodania: 2010-07-29 14:03:39
Artykul przeczytano 419 razy

przyjaciele